poniedziałek, 11 listopada 2013

Patrick Rothfuss - Imię wiatru

9/10


Prawdopodobnie największą umiejętnością naszych umysłów jest zdolność radzenia sobie z bólem. Podejście klasyczne mówi nam o czterech bramach umysłu, przez które każdy z nas przechodzi zależnie od potrzeb.
Pierwsza to brama snu. Sen obiecuje nam ucieczkę od świata i całego bólu w nim. [...]
Druga jest bramą zapomnienia. Niektóre rany okazują się zbyt głębokie do szybkiego wyleczenia, czy wyleczenia w ogóle. [...]
Trzecia jest bramą do szaleństwa. Zdarza się, że umysł musi się zetrzeć z tak wielkim ciosem, że osuwa się w otchłań obłąkania. [...]
Ostatnie wrota to wrota śmierci. Ostateczna ucieczka. Nic nas nie zrani po tym jak odejdziemy, a przynajmniej tak nam wmawiano.*

Tym razem jakoś wyszło mi od cytatu. Kiedyś na początku chyba wspominałam, że moim ulubionym gatunkiem jest fantastyka, ale jakoś patrząc na mój blog do chwili obecnej,  sama nie byłabym przekonana, że tak właśnie jest. Jakoś niewiele fantastyki zdołałam tu do tej pory przemycić. Może dlatego, że do końca nie wiedziałam, którą z książek wyróżnić, jako tę pierwszą wspaniała. Właśnie skończyłam czytać pierwszy tom Kronik Królobójcy Patricka Rothfussa. Muszę szczerze przyznać, że jestem zachwycona. Jest to wspaniała powieść,po której kolejne części będę sięgać jak tylko się na nie natknę.

Pierwsze, co można powiedzieć o książce, to fakt, że składa się ona z opowieści w opowieściach. Wszędzie jest pełno historii, opowiastek, legend, czy wiejskich przyśpiewek z gronem prawdy. Język używany przez autora jest płynny i bogaty. Książkę czyta się łatwo i przyjemnie. Nie ma tu wielu nudnych przydługich opisów, które w wielu książkach fantasy mnie zniechęcają do dalszego czytania. Wszystko w książce jest spójne, logiczne i ciekawe. Autor pokazał wspaniałą część własnej wyobraźni i sprzedał ją nam w cudowny sposób.

Kvothe przykuł swojego ucznia poważnym spojrzeniem na dłuższy czas.
- Jesteśmy czymś więcej niż zbiorem części, które nas tworzą, Bast - odparł z lekkim wyrzutem w głosie.*

Imię wiatru to opowieść o Kote, pozornie nieszkodliwym, spokojnym i zrównoważonym, wesołym właścicielem zajazdu w odległej wiosce. Kiedy pewnego dnia dociera do gospody Kronikarz, który rozpoznaje w nim Kvothego, którego dzieje chce spisać od samego źródła, a nie składać z plotek i pogłosek. I tak zaczyna się opowieść prowadzona o sobie, przez samego siebie o chłopcu w brutalny sposób pozbawionym rodziców i rodziny, którą była cała wędrowna trupa wspaniałych muzyków, aktorów i śpiewaków. Chłopiec, po wielu dniach samotności w lesie, dotarł do miasta, które wcale nie okazało się łatwym i przyjemnym miejscem dla innych, a szczególnie dla samotnych, biednych dzieci. 

To była następna lekcja, którą miałem okazję poznać zbyt dobrze: ludzie oznaczali ból.*

Po długim pełnym traumatycznych często wydarzeniach życia na ulicy czasie, udało mu się dostać w końcu na Uniwersytet, gdzie, oczywiście, też nie było wcale tak łatwo, pomimo błyskotliwego geniuszu, którym się wykazywał. Nadal musiał walczyć o przeżycie, o utrzymanie.

Szczerze polecam książkę Patricka Rothfussa Imię wiatru nawet osobom nieszczególnie zainteresowanym gatunkiem fantasy. Tutaj magia życia codziennego z magią fantastyczną przeplata się w tak misterny i prawie niezauważalny sposób, że aż miło się robi. Nie jest to nachalna książka o czarodziejach z różdżkami wymachującymi zaklęcia gdzieś pod nosem. To książka pełna uczuć, namiętności, nienawiści, przyjaźni, ambicji, chęci zemsty - uczuć dławiących i gnających przed siebie ludzi od zarania. Tutaj podane we wspaniałej oprawie. Z cudownymi krajobrazami, niebanalnymi postaciami, ze wspaniałym humorem. Naprawdę warto poświęcić czas tej książce.


* ponieważ udało mi się zdobyć tę książkę tylko w oryginale, cytaty zamieszczone, są przełożone przeze mnie na potrzebę posta i mogą nie brzmieć jakoś bardzo literacko.

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...