wtorek, 25 lutego 2014

Terry Pratchett - Blask Fantastyczny

7/10

Wielki A'Tuin, żółw gwiazd, ze skorupą oszronioną zamrożonym metanem, poznaczoną kraterami meteorów, zasypaną pyłem asteroid... Wielki A'Tuin z oczami jak pradawne morza i mózgiem rozmiarów kontynentu, w którym myśli suną niby lśniące lodowce... Wielki A'Tuin o powolnych mrocznych płetwach i skorupie polerowanej gwiazdami, pod brzemieniem Dysku płynący przez galaktyczną noc... Wielki jak światy. Stary jak Czas. Cierpliwy jak cegła.
Tu jednak filozofowie mylą się całkowicie. W istocie Wielki A'Tuin jest w znakomitym nastroju.
Wielki A'Tuin jest bowiem w całym wszechświecie jedyną istotą, która dokładnie wie, dokąd zmierza.

Dalsza część przygód pierwszego na Świecie Dysku turysty, Dwukwiata i jego nie całkiem nie odstępującego go na krok przewodnika i zarazem po trochu jakby obrońcy, Rincewinda, niewyględnego maga, który przez dziwne zdarzenie losu będąc młodym niezbyt utalentowanym studentem wpuścił do swojego umysły jedno z ośmiu największych zaklęć Octavo i od tamtej pory żadne inne nie śmiało dać się nauczyć, co nie znaczy, że przed tym wydarzeniem jakiekolwiek się dały.


Rincewind z Dwukwiatem przemierzają Świat Dysku w godnej nielogiczności odkrywając miejsca w czasie, przed czasem, poza czasem, napadani przez zleconych barbarzyńców, porywani przez nieistniejący sklep. Są świadkami wielkiej namiętności pomiędzy bohaterem wszechczasów prawie dziewięćdziesięcioletnim Cohenem Barbarzyńcą a nastoletnią Bethan, a za nimi nieubłaganie pędzi Bagaż. A to wszystko w tragicznym czasie kolizyjnego kursu w przestworzach Wielkiego A'Tuina na coraz większą czerwoną gwiazdę.

To kolejna cudowna chimeryczna opowieść, bo spotkanie z Pratchettem to prawie jak dyskusja z niezdecydowaną kobietą. Raz tak, raz inaczej, a dlaczego? Bo dlaczego nie. Całe danie podane jest na ogromnym talerzu oprószonym fantastyczną dawką humoru. 

- Jak myślisz, czy w lesie można znaleźć coś do jedzenia?
- Tak - stwierdził mag z goryczą. - Nas.

Być może dwie pierwsze książki z cyklu Świata Dysku nie są aż tak wspaniałe jak co świeższe wydania, ale warsztat autora uległ już między tymi dwoma książkami znacznej poprawie. Braku talentu chyba nikt nie jest w stanie Pratchettowi zarzucić, humor wypływa stadnie z każdej kartki książki wspólnie z absurdem, sarkazmem i życiowymi radami. Pratchett jest również niedoścignionym, jak dla mnie, mistrzem dygresji, które potrafią potoczyć się w tak nieokreślonym, kierunku, że aż przysłowiowy dziw bierze. Kolejna wspaniała rzecz w Świecie Dysku to przypisy, które, zazwyczaj w większej części przez wiele osób pomijane przy czytaniu, tutaj stanowią małe dzieła same w sobie i lepiej nie pozbawiać się kolejnej przyjemności jaką jest ich czytanie.

Pratchetta, jak wspomniałam przy Kolorze Magii, poznałam dzięki Grahnarowi, a teraz ponownie odkrywam i nie przeszkadza mi zupełnie, że czytam go po raz kolejny. Nadal pozostaje tak samo zabawny i urzekający. W czasach pośpiechu dnia codziennego dobrze przeczytać coś lekkiego, miłego i co rozbawi do cna. Pomimo, że  już inne z jego książek stały się moimi faworytami, to nadal Dwukwiat pozostaje jednym z moich ulubionych bohaterów za swoją naiwność i łut szczęścia w tejże, za to, że jest pierwszym turystą, który niczego się nie obawia i wszystko jest jego.

To dziwne, ale Dwukwiat specjalnie się nie martwił. [...] Wierzył także, że może zrozumieć, co się do niego mówi, pod warunkiem, że mówi się głośno i powoli.

A tenże opis pasuje mi jak ulał do pewnej historyjki z życia wziętej. W zamierzchłych czasach moich studiów jedna z moich koleżanek wybrała się za lewą granicę naszego kraju ze swoją, znacznego już wieku, ciocią jako pomoc w zakupach. Podczas gdy myszkowała sobie, koleżanka, nie ciocia, między dostatnimi półkami zauważyła jak to ciocia zbliża się stanowczym krokiem do kobiety z kasy, a zaznaczyć trzeba, że ciocia w żadnym z europejskich języków oprócz własnego narodowego, a była i miejmy nadzieję nadal jest, rodowitą Polką, nie porozumiewała się. Tak więc koleżanka wychynęła zza półki śledząc sytuację, która tak się mniej więcej przedstawiała:

C (ciocia koleżanki)
K (kasjerka)

C: - Czy macie rajtuzy?
K: - Nicht verstehen, (czy jakkolwiek to się pisze, jeszcze nie dotarłam w lekcjach tak daleko)
C: - Rajtuz szukam, brązowych.
K potrząsnęła głową i rękoma.
C: - Proszę patrzeć i słuchać - po czym wysunęła przed twarz palec wskazujący i odezwała się głośno i powoli - RAJ - TUUU - ZY. Macie? - dodała z zadowolonym uśmiechem.

I jak tu nie kochać Dwukwiata? :)
Tym optymistycznym akcentem dziś się z Wami pożegnam życzę miłego dzionka i wesołego czytania, wiosna idzie :)


PS. Jak widzicie zmieniłam troszkę wygląd bloga, ponieważ tamten był jakiś taki depresyjny raczej.


Książka bierze udział w wyzwaniu: CZYTAM FANTASTYKĘ
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...