niedziela, 2 lutego 2014

Dan Brown - Inferno

6/10

Nie ma nic bardziej twórczego... ani destruktywnego... niż wielki umysł, który uparcie dąży do celu.

Dużo czasu upłynęło odkąd miałam w rękach książkę autorstwa Dana Browna. Moim pierwszym spotkaniem z autorem wcale nie był Kod Leonarda, a Cyfrowa Twierdza, którą całkiem miło mi się czytało na ławeczce przed domem z moim własnym świeżo narodzonym Młodym śpiącym w wózku. Oczywiście nastąpiły po niej i Kod, i Anioły, a teraz przeglądając czeluści mojej biblioteki trafiło mi w ręce Inferno i chyba na zasadzie Wyklętego, też pomyślałam sobie, że zobaczę jak to teraz odbiorę książkę Dana Browna.

A nic tak nie otrzeźwia jak odrobina bólu.

W Inferno autor od razu wrzuca nas w środek wydarzeń, które kumulują tylko niezliczone domysły nijak nie poparte żadnymi rozumnymi przyczynami. Profesor światowej sławy specjalista od ikonografii, Robert Langdon, budzi się obolały w szpitalu, co więcej w szpitalu nie w swojej miejscowości, ani nawet kraju. Kompletnie nie przypomina sobie jak tam trafił, ani co dokładnie mu się przydarzyło. W dodatku nawiedzają go nieprzyjemne fatalistyczne wizje i nieuchronność zagłady. Kiedy próbuje dowiedzieć się czegoś od lekarza prowadzącego jest świadkiem jak kobieta  na oczach personelu zabija lekarza chcąc dostać się do jego izolatki. I tu następuje typowy brownowski strzał z pistoletu rozpoczynający wyścig z obławą.

Wokół niej ludzie kierowali się wyłącznie instynktem samozachowawczym. Gdy głód zagląda w oczy, ludzie stają się zwierzętami.
Pomocy udziela mu nader ładna i, oczywiście, wolnego stanu lekarka, Brytyjka, odbywająca staż akurat w tym szpitalu. Oczywiście uciekając, próbują rozwikłać zagadkę szalonego, genialnego genetyka, który grozi zejściem piekła na cały świat, dantejską zarazą, która pochłonie ludzkość, a wszystko dlatego, że, w jego mniemaniu, przeludniony świat i tak czeka zagłada w obliczu głodu, i co za tym idzie zbrodni na sobie samej.

Inferno czyta się bardzo dobrze i bardzo szybko, co jest chyba typowe dla autora. Akcje i ich zwroty, zdrady i zmiany frontu następują tak gwałtownie, że właściwie nie sposób się nudzić. Co więcej cała historyczna i symboliczna otoczka jest tak ładna i kojąca, że aż miło. Te wszystkie fakty z życia sztuk pięknych bardzo dobrze wplątane są w całą akcję. Choć z drugiej strony mogę się pokusić  stwierdzenie, że Brown nie wysila się zanadto nad oryginalnym pisaniem. Jest to po prostu kolejny powielony jego własny pomysł, tylko intryga inna. Ale skoro Kod się sprzedał, Anioły również, to i to pójdzie dobrze. Jak pisałam dawno temu czytałam książki autora i przeczytanie Inferno przyniosło mi jako takie zadowolenie, choć mimo wszystko nie mogę pozbyć się uczucia, że poprzednie były właściwie takie same. Ogromnym plusem naprawdę jest tempo akcji, ponieważ, pomimo szablonowego układu jego książek, czyta się je jednym tchem, szybciutko w jeden wieczór. Dopiero mniej więcej na ostatnich 200 stronach akcja trochę opada, jakby bohaterzy zmęczyli się już tym całym biegiem, bo całe wydarzenie trwa kilkanaście godzin, i napięcie obniża swoje loty i ja osobiście czytałam już siłą własnego rozpędu.

Taka przyjemna książka akcji :)


Książka przeczytana w ramach wyzwania: CZYTAM KRYMINAŁY
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...