sobota, 8 lutego 2014

Simon Beckett - Chemia Śmierci

7/10

Muchy składają jaja, z jaj wylęgają się larwy. Larwy zjadają bogatą w składniki pokarmowe pożywkę, następnie migrują. Opuszczają ciało w składnym szyku, w zwartym pochodzie, który podąża na południe. Czasem na południowy wschód, lub południowy zachód, ale nigdy na północ. Nikt nie wie dlaczego.

Antropolog sądowy David Hunter po stracie żony i córki pragnie uciec jak najdalej od brutalnych śmierci i krzyku wielkiego miasta. W taki sposób trafia, poprzez ogłoszenie w gazecie do małego zakątka Manham jako współpracownik miejscowego lekarza. Pomimo już kilku lat mieszkania w mieścince, lokalna społeczność nadal traktuje go jak 'tego nowego'. Niemniej poznaje kilku ludzi bliżej i zaczyna wsiąkać w rytm i sposób życia Manham, po to, by za chwilę stanąć oko w oko z kolejnym bezsensownym i wstrząsającym morderstwem. Początkowo bardzo opornie, później trochę mniej, postanawia pomóc policji w rozwiązaniu tej brutalnej zagadki trupa.

Trudno jest wyzbyć się strachu, kiedy już się zagnieździ.

Do książki przede wszystkim przyciągnęły mnie wysokie noty na LC i z chęcią zasiadłam do czytania. W zeszłym roku przeczytałam Sztywniaka - Mary Roach, opowieść o śmierci i zwłokach w różnorodnym kontekście medycznym poprzez wieki, tu czytając, że w książce bierze udział antropolog sądowy podwójnie mnie zaciekawiło. Książka nie jest tylko zwykłym kryminałem, czy thrillerem, jest też 'wsteczną' opowieścią martwych ciał. One po śmierci noszą w sobie historię tego, co przydarzyło im się za życia jakby nie chciały dopuścić, żeby zwyrodnialcowi, który zanadto skrócił życie niewinnych ofiar. Ta opowieść ciał jest jakby innym wymiarem książki. Obserwujemy lekarza sądowego przy pracy ciężkiej mozolnej, nieprzyjemnej, a tak bardzo potrzebnej.

Sama książka, poza tym, że jest całkiem dobrą opowieścią kryminalną z dość brutalnymi morderstwami w tle, nie jest, z drugiej strony, jakąś straszną, czy budzącą grozę książką. Wszystko jest podane czytelnikowi na dość przystępnym poziomie. Nie ma tu nadmiaru gwałtownych ruchów w ciszy, czy innych zrywających nas w strachu z krzesła wydarzeń. Przy całej brutalności morderstw i, z pewnością, ogromnych cierpieniach ofiar, Simon Beckett oszczędził czytelnikom wstrząsających opisów tych niewątpliwie sadystycznych czynności mordercy na żywej jeszcze ofierze. Jak napisałam wcześniej tu historię opowiadają znalezione już ciała. Chciałam też od razu dodać, że zupełnie nie obniża to wartości książki, wręcz przeciwnie, nie jesteśmy narażeni na barbarzyńskie opisy zabijania, a opowieści 'wsteczne' blokują jakby naszą psychikę przed horrorem śmierci z niepowołanych rąk.

Choć bardziej nastawiałam się w książce na pracę antropologa sądowego, nie ma jej aż tak wiele, ale rozumiem, że to nie podręcznik dla przyszłych lekarzy sądowych, więc nie miałam w związku z tym jakiegoś dużego rozczarowania. Fabuła książki rozgrywa się ciekawie, ale udało mi się przewidzieć po części jej wynik i dlatego, że był to tylko częściowy traf, książka nadal pozostaje odpowiednio tajemniczą do samego końca. Autor używa przyjemnego języka, całość łatwo się czyta i stosunkowo szybko. Przekonująco przedstawia postaci, a w szczególności bardzo dobrze wgryza się w małomiasteczkową psychologię społeczeństwa. Tu bardzo wyraźnie widać, że "małe miasteczko rodzi małe umysły" i żeby nikt nie poczuł się urażony, nie chodzi tu bynajmniej o inteligencję, czy jej brak, a raczej o trzymanie tajemnic okolicy, zamknięcie swoich kręgów dla ludzi z zewnątrz i wszelkie tego typu kościotrupy w szafie.

Dobrze napisana książka i zapewne przeczytam kolejną z tego cyklu.


Książka bierze udział w wyzwaniach: CZYTAM KRYMINAŁY
 oraz HISTORIA Z TRUPEM




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...