poniedziałek, 3 lutego 2014

E.L. James - Pięćdziesiąt twarzy Greya

1/10

Właściwie miałam taki mały zamysł, żeby nigdy nikomu się nie przyznawać, że w ogóle kiedykolwiek wzięłam tę książkę do ręki, ale z drugiej strony dlaczego by nie. Czytałam różne książki, które nie były ani jakimś kanonem wielkiej literatury, ani nawet nie były literaturą, a zwykłą szmirą. I z nimi, i ze mną było różnie, czasami nawet niektóre niskich lotów książeczki w danym momencie mi się podobały.

Przyszedł czas na Greya. I od razu przyznam się szczerze, że nie będzie to taka kompletna recenzja, ponieważ nie chcąc nic ukrywać muszę przyznać, że nie wymęczyłam jej do ostatniej kartki. Nie dałam po prostu rady.

Fabuła tej okrzyczanej wspaniałą książki jest niczym nisko nakładowy romans, czy serial z PolSatu. Ona, niezdarna, nieśmiała i niepewna siebie piękność z uniwersytetu, on, młody biznesmen nieprzyzwoicie przystojny i oczywiście bajecznie bogaty. W dodatku Grey posiada tak niebywały urok osobisty i nienaganne maniery, że każda kobieta wprost rozpływa się na jego widok i to wcale nie z powodu posiadanych przez niego pieniędzy. Mrozi mnie brak słownictwa, żeby opisać to wątpliwie wielkie dzieło.
Całość okraszona seksem, ale bynajmniej nie zwykła ludzką miłością, a prawdziwym (przynajmniej według większości promujących tę książkę) samo-masochistyczną jego odmianą. Ale nie dajcie się zwieść to całe sado-maso, które podobno sprawia, że jest to powieść hipnotyczna i elektryzująca, to żadne cuda wianki jakby się niejednemu wydawało. Naprawdę nie wiem dla kogo ta książka jest tak odkrywczo - wstrząsająca. Nie chcę tutaj uogólniać ani nikogo obrażać, bo z pewnością są osoby, którym czytanie tej książki sprawiało przyjemność, ale mam nieodłączne wyobrażenie, że książka została napisana dla zahukanych amerykańskich gospodyń domowych, które tkwią zamknięte w czterech ścianach z dziećmi i marzą o tym swoim własnym prywatnym American Dream'ie.

Kolejną rzeczą, która nie pozwoliła mi dokończyć lektury to warsztat autorki, a właściwie jego brak. Odnoszę wrażenie, że młodzież z gimnazjum ma znacznie większy zasób słownictwa niż pani E.L.James. Dialogi są tak płytkie, że aż boli. Z drugiej strony tak nieruchawe, bezosobowe i kompletnie nierzeczywiste postaci właściwie mogą się posługiwać takim samym językiem jakimi one same są, czyli dość mizernym.

Jest naprawdę jedna z bardzo niewielu książek, których nie zdołałam przeczytać w całości.

Mam tylko i wyłącznie jedną cechę tej opowieści na plus dla autorki, stąd też i ten jeden punkcik. Rozmawiając dużo z moją młodzieżą wiem, że niewielu z nich czyta cokolwiek, a zdarzyło się wśród nich kilka osób, nieczytających, które stwierdziły, że seria  Greyu to jedyna książka, którą przeczytali w życiu sami, bez nakazów. Po prostu poszli do biblioteki, czy księgarni i ją wypożyczyli/kupili.
Muszę przyznać więc za to autorce punkt, a właściwie nie jej, a raczej wszystkim rozbuchanym reklamówkom, które omamiły nieczytających ludzi do sięgnięcia po książkę. O czymkolwiek by nie była i jak bardzo szmirowata, tak długo, jak 'zmusza' ludzi do spędzenia kilku chwil na czytaniu, tak długo ten jeden plusik dostanie. W sumie dobrze, że czytają, czasami nawet nie do końca ważne co. Niemniej czytanie samo w sobie rozwija i już. Ale to tyle, co w tej książce jest na plus.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...