środa, 1 stycznia 2014

Tullio Avoledo - Korzenie niebios

6,5/10


- Łatwo jest osądzać tym, którzy mieli wygodne życie. - szepcze.
- Nikt z nas go nie miał w ostatnim czasie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wypowiedziałam to zdanie zbyt twardo.
Kobieta spuściła głowę. Przez cienkie siwe włosy widać różową skórę czaszki. Mógłbym przydusić ją do ziemi i zmiażdżyć pod stopą. Chyba byłaby wdzięczna.
Kładę prawą dłoń na opuszczonej głowie. Wypowiadam słowa rozgrzeszenia.
- Ego te absolvo in nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti.
Oczy kobiety patrzą na mnie z dołu, przesłonięte siwymi włosami.
- Nie da mi ojciec żadnej pokuty?
- Nie. Nie ma potrzeby.
- Jak to? To, co zrobiliśmy... co zrobiłam... Musi mi ojciec dać jakąś pokutę.
- To życie jest już wystarczającą pokutą.

Tak dla niektórych nawet to życie jest wystarczającą pokutą często za rzeczy, których nie dokonali, a co dopiero tamto.
Dmitry Glukhovsky stworzył projekt METRO UNIWERSUM, w którym potencjalnie każdy mógł toczyć swoją własną opowieść w świecie ogarniętym opadami postnuklearnej wojny. Metro 2033 oraz Metro 2034, o których pisałam w poprzednim poście, wywarły na mnie ogromne pozytywne wrażenie. Niemniej czytałam je już spory czas temu, więc notka była dla obu książek wspólna, bez cytatów i lekko pobieżna, ale mając przed sobą lekturę Korzeni niebios, chciałam nadać im jakiś wstęp z pierwowzoru świata.

Tullio Avoledo napisał właśnie taką własną historię świata METRA choć od trochę innej strony. 
W Korzeniach niebios autor zabiera nas do Włoch, a właściwie tego co po nich zostało, a ponieważ większości ludziom Włochy oprócz mafii kojarzą się z siedliskiem religii katolickiej. I tu właśnie mamy całe sedno tego kawałka układanki jakim jest Uniwersum Metro.

Na początku spotykamy w korytarzach Nowego Watykanu kilka osobistości niekoniecznie świeckich, które działają stricte dla dobra religii. I tak jezuita, ojciec Daniels, zostaje wysłany ze ułamkiem żołnierzy Gwardii Szwajcarskiej na poszukiwanie patriarchy Wenecji. Misja wydaje się misją od początku właściwie przegraną. O domniemanym patriarsze krążą raczej plotki niż choćby na pozór sprawdzone informacje. Co naprawdę kryje się za misją ojca Danielsa? Czy mocno wierzący człowiek może pozostać nadal taki sam w obliczu wszystkiego co zobaczy i czego doświadczy? Motyw wędrówki ojca Danielsa przez ten zrujnowany świat jest naprawdę ciekawy, choć może nie żaden odkrywczy, ale czasami pozwala otworzyć czy na te szerokie na co dzień uskakujące od zrozumienia prawdy.

Tulio Avoledo przedstawia świat Metra w sposób bardzo realny, taki w jaki możemy sobie go wyobrażać sami po klęsce zagłady z własnej ludzkiej ręki. Co sprawiło, że ocena nie jest tak wysoka jak w przypadku D. Glukhovsky'ego? Przede wszystkim brak klimatu, klimatu mrocznego, ciemnego, wiszącego nad czytelnikiem jak ciężka ołowiana chmura sprawiająca, że chciałby się zerknąć na nieistniejący dozymetr. Tulio Avoledo przedstawia nam raczej świat na zewnątrz. To, co było nie do pomyślenie w Metrze 2033 i 2034, tu staje się rzeczywistością. Cała wyprawa toczy się praktycznie na zewnątrz wprawdzie głównie nocą, żeby nie wystawiać ciała na śmiertelne promieniowanie słońca, ale jednak na zewnątrz. Trochę jakby psuło mi to książkę w odbiorze. Kolejną i chyba raczej ostatnią rzeczą, która dla mnie obniżyła wartość książki, to dość przewidywane spotkania. Tu może pojawia się problem, który jakby sama sprowokowałam. Nigdy nie zaglądam na koniec książki, żeby przeczytać kilka ostatnich stron przed rozpoczęciem czytania, lub tuż po rozpoczęciu. Tym razem też tak było, ale spoglądają na tył książki zauważyłam ciemniejsze stronice, myśląc, że to jakaś mapa bądź ryciny, poznanie których łatwiej mi przyswoi wędrówkę głównego bohatera w tej powieści otworzyłam tam książkę. Są tam zamieszczone rysunki głównych wydarzeń z książki i to sprawiło, że zbliżając się do jakiegoś dramatycznego rozwiązania jakiejś zagadki stawał mi przed oczami obrazek z tyłu książki i już wiedziałam co będzie dalej.

Jest to pierwsza książka z Uniwersum Metro, którą przeczytałam, poza pierwowzorem oczywiście. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobała, ponieważ świat stworzony przez D. Glukhovsky'ego jest światem nakreślonym bardzo precyzyjną kreską, dramatyzmem, życia, czy bycia codziennego ten świat mnie wchłonął całkowicie. Korzenie niebios są jakby ciekawym dodatkiem choć może nie do końca takim jakiego bym oczekiwała, ale na pewno są warte przeczytania. Z pewnością też sięgnę po inne historie z tego cyklu.


Przypominam sobie, jak się to wszystko zaczęło. Zaledwie kilka tygodni temu, choć wydaje się, że minęły całe wieki.
Przez ten krótki czas postarzałem się o tysiąc lat...

Książka przeczytana w ramach wyzwania: CZYTAM FANTASTYKĘ.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...