wtorek, 21 stycznia 2014

Terry Pratchett - Kolor Magii

8/10

Kiedy dookoła mordują i kradną, jakie wrażenie wywrze to na turystach? Przyjeżdżają z daleka, by zobaczyć nasze piękne miasto, jego obiekty historyczne i kulturalne, jak również liczne niezwykłe zwyczaje. I nagle budzą się martwi w jakiejś ciemnej uliczce albo, równie często, spływając z prądem Ankh.

Do cyklu o Świecie Dysku po raczej dość długich namowach nakłonił mnie niejaki Krasnolud Grahnar Khaznar (dziękuję) i pomimo, że opór z mojej strony był z pewnością męczący, w końcu się przełamał i tak zaczęła się moja przygoda z Pratchettem
Kolor Magii jest pierwszą częścią cyklu i choćby z tej racji przeczytałam go jako pierwszego i długo też pozostawał moim faworytem. Potem przyćmiły go inne historie, ale element zaprzyjaźnienia się z całym Światem Dysku pozostanie niezmienny. Ostatnio chciałam sobie przypomnieć te historie, więc ponwnie sięgnęłam po cykl.

W Świecie Dysku teoria kopernikańska nie ma racji bytu. Zupełnie. Tam po niezbadanych przestrzeniach międzygwiezdnych płynie beznamiętnie ogromny żółw A'Tuin dźwigając na grzbiecie olbrzymie cztery słonie, które z kolei taszczą na sobie wielki dysk jednego ze światów. i tam właśnie bohaterowie opowieści snują intrygi jak przeżyć do następnego dnia, choć wcale nie wiedzą, że to bogowie grają w kulki o ich los.

Na brzegu Ankh widać łunę pomarańczowoczerwonej otchłani pożaru, a wszystko z powodu...turysty. Dwukwiat przybysz z odległych krain ląduje w Ankh-Morpork żądny przygód, akcji i rozrywki. Dotarłszy do tawerny przypadkowo spotyka najbardziej nieudanego maga w mieście, który zostaje mu przewodnikiem, ponieważ umie sobie przeliczyć złoto, które może z tego wyciągnąć. Nie powstrzymuje go, oczywiście, przed próbą wycofania się z układu i ucieczki. Jednakże różne siły zewnętrze nader ostro przymuszają go do ochrony pierwszego na świecie turysty.

To tylko taki krótki rys, który nijak nie oddaje tego, co w książce się dzieje, a jest ona doskonała. To znaczy, przede wszystkim należy lubić tolerować i rozumieć humor angielski, bo bez tego ani rusz. No i po drugie, trzeba umieć się śmiać. Kolor Magii jest przezabawny i toczy się niesamowicie szybko, a czasami nawet można mieć wrażenie, że coś stało się bez sensu i o to właśnie chodzi. Opisy wynalazków są fantastyczne, ludzie, w właściwie i nieludzie opisani dokładnie poprzez swoje czyny i wypowiedzi raczej niż długie psychologiczne opisy, a uwierzcie, że postaci są tu, no jakby to powiedzieć, cała feeria rozmaitości charakterów.

Jedyni bohaterowie, których jakoś znosił, to Bravd i Łasica, w tej chwili poza miastem, oraz Hrun Barbarzyńca, który według standardów Osi był niemal intelektualistą, ponieważ umiał myśleć nie poruszając wargami.

Nie myślcie, że przy tej książce odpoczniecie,  tu ciągle się coś dzieje, a los rzuca naszymi bohaterami na totalny oślep. Terry Pratchett w Kolorze Magii zaprezentował prawdziwy pociąg pośpieszny.

Mogę powiedzieć, że Świat Dysku to taki książkowy Monty Python. Jeśli ktoś lubi bezbrzeżną prostotę śmiechu, to książka dla Was.


Książka bierze udział w wyzwaniu: CZYTAM FANTASTYKĘ

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...