sobota, 21 grudnia 2013

Stephen King - Joyland

5/10

Żyjemy w świecie głęboko zepsutym, pełnym wojen, okrucieństwa i bezsensownych tragedii. Każdy zamieszkujący go człowiek dostaje swoją porcję nieszczęścia i nieprzespanych nocy. Ci z was, którzy jeszcze tego nie wiedzą, pewnego dnia się  tym przekonają.

Wzięłam do ręki tę książkę raczej wbrew sobie. Podświadomie wiem, że King nie jest autorem dla mnie.
W Joyland spotykamy młodego Devina Jonesa, który jest w tym momencie swojego życia kiedy nieuchronnie coś biegnie ku końcowi, choć w cale tego nie chce. Jego pierwszoroczna studencka miłość zdaje się wypływać na szerokie wody stanowczo dużo dalej niż zakres jego ramion. Oczywiście, pomimo wszelkich ku temu przesłanek, Devin nie chce przyjąć tego do wiadomości. Zdołowany postanawia rozpocząć pracę wakacyjną w wesołym miasteczku, która ma się znacznie przedłużyć z różnych względów. Na miejscu, poza ciężką i żmudną pracą poznaje nowych przyjaciół. Okazuje się, że w Joylandzie, a dokładnie w Strasznym Domu przemieszkuje duch zamordowanej dawno dziewczyny. Devin bardzo pragnie go zobaczyć, doświadczyć.

Właściwie, teraz jak sama patrzę na to, co właśnie napisałam, to chyba ponownie sięgnęłabym po tę lekturę z wielkimi nadziejami. Niestety, książka nie stanowi tak intrygującej, jak można ładnie ja ująć w ramach zachęty. Pierwsza połowa książki to właściwie obyczaj, który opowiada  nadziejach i ciężkich chwilach młodego Jonesa, a pragnieniu zapomnienia  swoim bólu życiowym i stracie pierwszej partnerki, z którą być może chciał założyć rodzinę, a z którą właściwie do niczego nie doszło, a wspomina  tym raz za razem. Można czasami trafić na jakiś nawet zabawny cytat.

Poczułem nagłe i wcale nie nieprzyjemne mrowienie w niżej położonych rejonach ciała. Moim zdaniem - pomijając fantazje - większość mężczyzn to monogamiści od brody wzwyż.

Ale nawet ten jakby usilny humor gubi się w odmętach zwykłej opowiastki obyczajowej.
W drugiej części książka akcja jakby przyspiesza, ale to przyspieszenie można porównać, tak pozostając ściśle w konwencji tytułu, do szybszego biegu diabelskiego młyna - czyli właściwie to żadna prędkość, ale nadal pozostaje w tych samych rejestrach obyczajowych. Końcówka, gdzie naprawdę ma już się wydarzyć ta kulminacja też raczej nie zachwyca ani nie porywa.
Stephen King ma, na szczęście, lekki język i książkę czyta się w jeden, może dwa wieczory.

Sumując mogę podkreślić, że jako książka obyczajowa, to może i one jest niezła, choć za takimi nie przepadam, jako thriller - ech, toż tego sławetnego poszukiwanego przeze mnie w kingowskiej prozie suspensu, nie ma tu w ogóle. Książka nie przeraża, nie nadbudowuje akcji i nie dręczy czytelnika wyobraźni. Jeśli to choć w najmniejszym zamierzeniu miał być trochę horrowaty element - to porażka na całego.

Zaczynasz się martwić, potem zaczynasz rozumieć i wreszcie wiesz.

Ja wiem King nie jest dla mnie. Kilkakrotnie stykałam się z jego tytułami i za każdym razem nie znalazłam w nich tego, czego szukałabym w ogłoszonym wszem i wobec królem horroru i suspensu. Niestety, dla mnie te książki (te które czytałam autorstwa Stephena Kinga) kompletnie nieudolnie usiłują wedrzeć się w kanon literatury mocnej. Całkowicie nie robią na mnie wrażenia ani opowiadane historie ani sposób ich opowieści, nawet mogę pokusić się o stwierdzenie, że są po prostu nudne, choć zamysł można by było fajnie rozwinąć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...