poniedziałek, 21 kwietnia 2014

John Wyndham - Dzień Tryfidów

8/10

No i kolejna post-apo za mną, a miałam sięgnąć po coś odmiennego ;p

Umysł ludzki niezdolny jest do trwania w tragicznym nastroju, przypomina pod tym względem feniksa, co się odradza z popiołów.

Bill Masen budzi się, jak zwykle, o poranku w szpitalu. Trochę rozgoryczony przejściem nad ziemią niesamowitego zjawiska, przelotu komet nad ziemią, które rozjarzyło niebo całego świata pięknym zielonym światłem. Zdenerwowany raz p raz naciska przycisk przywołujący pielęgniarki, które, z pewnością, po obfitującej w nietypowe wydarzenia nocy zaspały na jego poranny posiłek. A wszystko przez 'wredne chwasty'. Bill pracował na fermie tryfidów, jako biolog, którego zadaniem było wycisnąć z tych dziwacznych z lekka zmutowanych roślin najwięcej dobroczynnych substancji dla człowieka i jego inwentarza. Niestety, pech chciał, że pomimo bycia fantastycznym zielskiem pełnym dobrych witamin posiadały nader trującą przypadłość - wić z jadem, którą chętnie atakowały wszystko co się poruszało. I to właśnie przez to, że parę dni wcześniej został potraktowany przez jedno zielsko taką właśnie wicią, leżał teraz z oczami obwiązanymi bandażami po operacyjnymi i nie mógł oglądać przedstawienia natury. Zły wciąż czekał na spóźniającą się służbę medyczną kiedy w końcu zrozumiał, że nikt, zupełnie nikt do niego nie przyjdzie.



Wokół działy się rzeczy ponure: wszelka rycerskość znikła bez śladu, każdy myślał już tylko o sobie.

Po książkę Johna Wyndhama sięgnęłam po wysokich ocenach na LC. Czytając kilka krótkich recenzji uśmiałam się trochę, choć powinnam raczej wołać o pomstę do nieba, widząc teorię, że film Miasto Ślepców był z pewnością po trochu oparty na tejże książce. No cóż, nikt nie jest doskonały. Wprawdzie Jose Saramago znacznie później napisał swoją powieść, czy i na kim wzorował swoją nie do końca mnie interesuje, ale bez przesady ;p
Poza tym obie powieści są diametralnie różne, poza masowym oślepieniem ludzkości. Jose Saramago raczej pokazał upadek społeczeństwa, a właściwie człowieczeństwa natomiast John Wyndham maluje deterioryzację ogółu świata, ale nie jako jednostki człowieczej. Upadek postępu, który do tej pory rządził naszymi losami i próbę stworzenia nowej społeczności.

Dzień Tryfidów jest wspaniałą klasyczną powieścią science-fiction. Strach przed globalną katastrofą, kulisy ogarniętej zimną wojną Europy i tajemnice schowane gdzieś na rosyjskim odludziu wprowadzają nas w rzeczywistość Wyndhamowską. Ale, ale, niech Wam się nie wydaje, że to książka o polityce, w ogóle nie. Po prostu gdzieś po drodze jest nadmienionych kilka faktów z życia bardziej gospodarczego niż politycznego i kilka elementów składowych z pole militarnego, żeby urzeczywistnić realność w Dniu Tryfidów.

To naprawdę świetna książka pokazująca namiastkę życia w obliczu klęski. Owładnięta nieznaną chorobą niszczącą wzrok ludzkość i parę osób niejakim cudem uratowanych przez nią próbują przetrwać tworząc mniejsze lub większe 'środki plemienne'. Nigdzie, jak właśnie w tej książce, nie jest pokazane jak trafne jest życie stadne i dzielenie się obowiązkami, co może doprowadzić d jako takiego funkcjonowania ludzkości, szczególnie kiedy mamy do czynienia jeszcze z wrogiem zewnętrznym, nieznanym, a który wydaje się na wygranej pozycji.

Język jakim posługuje się autor jest łatwy w odbiorze i przyjemny. Nie musicie się obawiać jakiś neologizmów i kosmicznych teorii. Książkę łatwo zrozumieć, a co najważniejsze łatwo sobie wyobrazić jest realność nawet w chwili obecnej.

Trudno określić granice szaleństwa - zwłaszcza szaleństwa potęgowanego strachem.



Książka bierze udział w wyzwaniach:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...