środa, 21 maja 2014

Robert McCammon - Łabędzi Śpiew

8/10

Wszystkie sprawozdania, których wysłuchał, uświadomiły mu jedno: te setki milionów, które zginęły w ciągu kilku pierwszych godzin, miały szczęście. Prawdziwe piekło czekało tych, co przeżyli.

Końcówka trzeciego tysiąclecia. Globalne zamieszki. Zdrady stanu, zdrady sojuszników. Warszawa we krwi. A w Stanach Zjednoczonych szerzy się dekadenckie otępienie. Ulice niegdyś pełne szczurów roją się od zbyt wielu włóczęgów. 
Szefowie mocarstw oślepiają swoich wrogów strącając obce satelity z przestrzeni własnych państw. Nerwy napięte jak postronki. Kto pierwszy wciśnie czerwony guzik? Nikt nie chce być tym, który będzie odpowiadał za to, co nastąpi.
A nastąpiło pandemonium. W obłąkańczym miłosnym tańcu spięły się ogień i huragan i rozkołysanym krokiem przetoczyły się przez świat.


Fantastyczna wizja apokalipsy i życia w świecie po niej. Robert McCammon wspaniałymi detalami rysuje krajobraz po wojnie atomowej. Roztrzaskane budynki,rozsypane dobra. Futra, skórzane torebki o gdzieś nad byłą witryną sklepu mglisty cień neonu: GUCCI. Marność, marność i pył, a w tym wszystkim zwykli ludzie, ci, którzy cudem uniknęli śmierci.

Autor przedstawia losy kilku bohaterów poprzedzone krótkim wstępem wyjaśniającym sytuację polityczno-scocjalną świata, którzy, w zasadzie, nie mają nic ze sobą wspólnego, mieszkają również w dość oddalonych od siebie miejscach. Łączy je klęska światowa i dążenie, nie do końca sprecyzowane, ale stające się siłą napędową ich działań.

Atomowa zagłada globu doprowadza do różnych, również katastrofalnych, następstw. W pyle popromiennym i oziębiającym się gwałtownie klimacie nieliczni, którzy przetrwali muszą radzić sobie z przeżyciem. Nie dość, że zachodzi pierwotna potrzeba znalezienia czystej wody, to i żywności, a do tego wszystkiego trzeba walczyć z chorobami, wrzodami, poparzeniami i tymi, którzy nawet podczas takiej klęski potrafią pozbawić życia innych, żeby zyskać coś lepszego dla siebie.

W Łabędzim Śpiewie autor rewelacyjnie pokazuje, jak młoda osobowość zmienia się pod wpływem pewnych czynników zewnętrznych. I tak właśnie widzimy narodziny prawdziwych szaleńców kiedy po raz pierwszy kosztują strachu bliźniego i odoru śmierci. Mamy do czynienia z mutacjami, z 'nieczłowieczymi' zachowaniami, kanibalizmem. Ale jest też gdzieś mała iskierka, że nie do końca jest tylko źle.

Wśród całego pogorzeliska trupów powstaje też Zło. Zło wcielone, prawdziwe, niezmierzone i dla siebie tylko istniejące. Zło, które potrafi podszeptem zmusić istotę ludzką do przerażających czynów. I to Zło zrobi wszystko, żeby każdy objaw nadziei w człowieku zdusić i zniweczyć.

Książka jest podzielona na 6 części, po kilka rozdziałów w każdej. Właściwie nie wiem dlaczego. Jak dla mnie w ogóle nie musiałoby tych podziałów być. Napisana jest językiem bardzo przyjemnym dla oka, choć, pomimo miłego języka, jest parę naprawdę wstrząsających scen i momentów mrożących krew w żyłach. Jest to całkiem grube tomisko, ale czyta się je niezwykle szybko właśnie ze względu na fajny, przystępny język.

Bardzo polecam tę powieść. Jest niezwykle realistyczna, co napawa sporymi obawami na przyszłość. Przejrzyście opisuje losy bohaterów i nie zamiata pod dywan niekiedy przecież odrażających wręcz sytuacji. Samo wierne oddanie tych barbarzyńskich scen ma wartość samą w sobie. Nie jest to bowiem, z pewnością, książka typowo 'nastoletnio-postapokaliptyczna', czyli zniszczony wojną świat, podział na jakieś kasty i nastolatki walecznie wykorzystujące swoje moce dla chwały pozostałego społeczeństwa. To prawdziwa opowieść o jednej z potencjalnych wersji przyszłości świata, w którym żyjemy. To opowieść o umieraniu, zabijaniu i przeżyciu. To opowieść godna miana wspaniałej literatury postapokaliptycznej z elementami horroru, który przecież tak często jest w nas samych.

Książka bierze udział w wyzwaniu: OPASŁE TOMISKA

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...