wtorek, 5 sierpnia 2014

Michał Gołkowski - Drugi Brzeg

7/10

Misiek wybiera się w odwiedziny do CZAES, oczywiście nie są to odwiedziny spontaniczne, z ciekawości, są ściśle podyktowane tym, co zostało nieproszone w jego mózgu po spotkaniu z kontrolerem w części pierwszej.
Prypeć - opuszczone miasto grozy po katastrofie - nawet nie w fikcji ludzie zatapiają się w mgławicach domysłów co takiego może się kryć w tym miejscu pod powłoką normalności. Nasz rodzimy stalker sprawdzi dla swoich czytelników, co kryje Zona fikcyjna.
Zobaczymy tu odwieczną wędrówkę do celu. Zdobyć CZAES i wrócić żywym skądś, gdzie jego koledzy nawet się nie wybrali.



Dobrze wraca się do realiów "wyżymaczek", "żarników", "trampolin", czy wielu innych anomalii po-wybuchowych. Zona - dziwaczny twór popromienny jest niebezpiecznym przeciwnikiem, ale i inteligentnym, wciągającym. Tu jeden krok za szybko, czy w złą stronę i możemy się witać z dawno pochowanymi krewnymi w innym świecie, który wierzymy, że na końcu nas powita. Tu, w Zonie, nie ma miejsca na odpoczynek, nawet we śnie.

Drugą części książki Michała Gołkowskiego czyta się znacznie lepiej. Po pierwsze, nie ma tu zbioru względnie niepowiązanych ze sobą wypadów w celu poznania okolicy i życia w niej, a jest jedna konkretna fabuła prąca dość ostro naprzód. Dodatkowego smaczku grozy, jeśli nie podstawowego, dodają kontynuowane z końca pierwszej części sny bohatera, właściwie klasyczne horrory o doktorze-rzeźniku z zacięciem frankensteinowskim. W Drugim Brzegu mój mózg wyraźnie zafiksował się na tychże koszmarach Miśka. Fabuła wyraźnie ożywia się poprzez te fragmenty sennych majaków choć wcale ich nie ma aż tak wiele, ale naprawdę, dla wielbicieli literatury mroku, napięcia i horroru, to bardzo fajna gratka w tej książce. Z jednej strony mamy Zonę ze swoimi niebezpieczeństwami, mutantami, które tylko czyhają na nasz błąd, a z drugiej, kiedy już znajdziemy dobre miejsce na odpoczynek wpadamy w tak udręczony koszmar, że i sto lat snu, nie pozwoli nam wypocząć.

Narracja nadal jest pierwszoosobowa, ale czyta się ją lepiej, ponieważ mamy do czynienia z jedną opowieścią, a nie, jak poprzednio, z urywanymi dniami, czy historyjkami, jakby w pamiętniku. Nie zawsze mi po drodze z jakąś taką pseudo-rosyjską, czy ukraińską składnią typu: "Nie pójdę ja tam, a?", "Nie lubię ja się wracać", ale wziąwszy pod uwagę miejsce, postaci poboczne, które nijak Polakami nie są i, na szczęście, niewielokrotne powtórzenia takiej składni i jest całkiem ok. Naprawdę można potraktować jako naleciałość regionalną.

Książka zrobiła na mnie znacznie lepsze wrażenie niż Ołowiany Świt. Dałabym pewnie trochę lepszą ocenę gdyby nie zakończenie, którego, oczywiście, zdradzać nie będę, a które mnie osobiście raczej rozczarowało. Gdyby tak autor zmodyfikował dwa ostatnie rozdziały i ostatnią stronę je poprzedzającego, byłoby doskonale :) Niemniej polecam mimo wszystko.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...