środa, 11 grudnia 2013

Andrzej Pilipiuk - Rzeźnik drzew

7/10


Jak pisałam, przy którymś z wcześniejszych postów, nie lubię opowiadań i nadal podtrzymuję to zdanie. Są stanowczo zbyt krótkie i zostawiają mnie w kompletnym niedosycie. To, co ma zadatek na genialną długą opowieść jest skrócone do minimum i pozostawia mnie żałośnie niezaspokojoną. Mam wrażenie, że powiadania są po prostu taką grą wstępną, po której brak dalszego ciągu. 

W Rzeźniku drzew Andrzej Pilipiuk zabiera nas na krótkie wypady terenoznawcze od cmentarza począwszy po drogę do Raju i jak nam to przekazuje? A serwuje nam to jak we wspaniałej starej francuskiej restauracji. Opowiadania są pełne elegancji słownej, pięknego języka, rewelacyjnego żargonu cechowego, gdzie trzeba, mówiąc nie za długo Andrzej Pilipiuk wie jak zrobić czytelnikowi dobrze. Przekrój opowiadań jest różny, płaszczyzny i tereny, na których obcujemy tak samo, jak i różnorodni w nich bohaterowie. Bez mrugnięcia okiem mogę zapewnić, że każdy tu znajdzie coś dla siebie.

Bardzo przypadł mi do gustu styl autora i kreślonych przez niego światów i sytuacji. Opisy, w których nie bardzo się lubuję, u Pilipiuka czytam z przyjemnością i nie zdarza mi się chęć pominięcia kilku zdań. Opowiadania są nie tylko fajnie wyśrubowaną fantastyką, ale również pełne humoru.


 Usadził ich [gości] przy stole [...]
 - Herbata, niestety, tylko gruzińska, - wniósł tacę ze szklankami.
Smith pociągnął łyk naparu.
- Prawdziwą herbatę to siano widziało, gdy koszący je rolnik odkręcił termos, by popić kanapkę.

Rzeźnik drzew jest zbiorem opowiadań niesamowitych, które wciągają czytelnika od pierwszego słowa. Są naprawdę rozmaite. Duchy, upiory, złe i dobre miejsca, przyszłość, teraźniejszość i przeszłość. Wszystko tu znajdziecie. I w dodatku w tak profesjonalnej oprawie. Andrzej Pilipiuk jest cudownym bajarzem, potrafić omamić, zatrząść i rozbawić czytelnika. Wszystko tu jest wspaniałe tylko szkoda, że takie krótkie ;)

Moimi faworytami wśród tego zbioru są z pewnością: tytułowy Rzeźnik drzew, Szkolenie, Poddasze i Serce z kamienia. Szczególnie przy nich czuję, że jako krótkie opowiadania wiele tracą na swoich możliwościach rozbudowy fabuły. Chciałoby się czytać o tym jakoś trochę dłużej, ponieważ są tak absorbujące, ale niestety nie można mieć wszystkiego.

Niemniej podkreślę jeszcze raz Andrzej Pilipiuk doskonale rozumie ludzkie odczucie i świetnie wplata je w swoje treści i dlatego też stanowią one tak doskonałą pożywkę czytelniczą, bo czytając zdajemy sobie sprawę, że sami tak byśmy czuli w podobnej sytuacji, więc te historie stają się tak autentyczne. 

Po trzech dniach czytania monografii naukowych poczułem, że umysł mi odkotwicza. Tkwiłem tu jak puszczyk w dziupli. Zapomniany, niepotrzebny. Telefon milczał, nikt nie pukał do drzwi. Zorientowałem się też, że aparat nie był podłączony do żadnej wewnętrznej sieci. W ogóle nie miał kabla....

Każdy z nas miał tak nie raz, prawda? Przydzielony często do jakiejś bezsensownej pracy, chcąc zająć mózg czymkolwiek zaczynał czytać choćby setny raz reklamę sprzed trzech lat, żeby choćby na czymś wzrok skupić, a umysł wtedy brnął i tak gdzieś w siną dal...

Warto czytać polskich autorów.



 Książka bierze udział w wyzwaniu: CZYTAM FANTASTYKĘ

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Leonie Swann - Sprawiedliwość owiec

5/10


Spacerując dość bezrozumnie po bibliotece, rzuciła mi się w oczy pewna ładna przyciągająca oczy okładka. Wyciągnęłam do niej rękę i książka, która się wysunęła to był Tryumf owiec. Tytuł mnie zafascynował. Pomyślałam sobie - Muszę ją przeczytać. Ale okazało się, że to drugi tom Sprawiedliwości owiec. Jakoś nie do końca byłam przekonana co do Sprawiedliwości, no ale skoro to pierwsza część, to trzeba przeczytać najpierw.

Sprawiedliwość owiec jest kryminalną historią opowiedzianą przez owce. A dlaczego owce? Ponieważ trupem okazuje się ich pasterz, a ponieważ pasterz był pasterzem dobrym, to jego stado nie mogło zostawić go bez sprawiedliwości. Jak w ogóle doszło do tego, że owce były przekonane o nienaturalności końca żywota swojego pasterza George'a?

- Jeszcze wczoraj był zdrowy - powiedziała Matylda, nerwowo strzygąc uszami.
- To nie ma nic do rzeczy - zauważył Sir Ritchfield, najstarszy tryk w stadzie. - Nie umarł na chorobę. Szpadel to nie choroba.

I tak stado zdecydowało powziąć odpowiednie kroki do rozwiązanie tej zagadkowej i śmiertelnej zagadki.

Myślę, że przede wszystkim sięgnęłam po tę książkę z sentymentu, a sentymentem była przeczytana przeze mnie historia we wczesnej młodości, historia kryminalna. Była to książka Detektyw Nosek i porywacze autorstwa Mariana Orłonia. Była to moja pierwsza powieść kryminalna i tak zapadła mi w pamięć, że tytuł pamiętam do dziś bez zmrużenia okiem. Nie pamiętam o czym była oprócz tego, że o porwaniu i psiaku, ale to wystarczy, żeby, widząc książkę z owcami w tytule, chcieć po ni ą sięgnąć. Ponadto na tylnej okładce napisano bardzo pochlebną opinię, a nawet przyrównano książkę do Folwarku Zwierzęcego, tyle, że koło Folwarku to może ona tylko stała. 
W Sprawiedliwości owiec stanowczo brakuje mi tej szeroko reklamowanej filozofii książki, jakoś nie mogłam jej za bardzo odnaleźć pomiędzy przeżuwaniem trawy a podsłuchiwaniem ludzi. Trzeba, oczywiście, oddać sprawiedliwość autorce Leonie Swann, że pomysł naprawdę przedni, intryga kryminalna interesująca, a rozwiązanie dość zaskakujące. Język jest przyjemny, dużo opisów natury, jako, że jednak to owce nam historię plotą, to można przypuszczać, że sporo opisów łąk, ale nie tylko. 

Pomimo wszystko nie jest to zła książka, nie najlepsza, ale można poświęcić dwa popołudnia na relaks na irlandzkich łąkach.


Książka bierze udział w wyzwaniu: ZACZNIJ CZYTAĆ KRYMINAŁY.

niedziela, 8 grudnia 2013

Jacek Dukaj - Czarne oceany

4/10

Wojna to narzędzie ochrony bądź powiększenia stany posiadania państwa. Kropka.

Pozwoliłam kupić sobie tę książkę w zeszłym roku pod choinkę. Błądząc po popularnej księgarni między półkami 'fantastyka' szukałam czegoś innego, czego jeszcze nie czytałam, bez magii, sztuczek, pościgów w lasach. Zobaczyłam Czarne oceany okładka przypadła mi do gustu - mroczna, tajemnicza. Notka na obwolucie przyciągała i podrażniała moją ciekawość, a jeszcze w dodatku była to książka nagrodzona. Właściwie niewiele wtedy miałam do czynienia z fantastyką naukową, a twardą fantastyką naukową - wcale. Tak więc przygarnęłam Czarne oceany. Któregoś wieczoru świątecznego z pełną niecierpliwością zabrałam się do czytania. I pierwsze na co trafiłam, to była grupka policjantów prowadzących śledztwo na podstawie mordu rytualnego. Wiele akapitów o odciętych palcach i wiszących jelitach, żeby wspomnieć najłagodniejsze opisy. Nie, żeby mnie to przeraziło, w końcu moim pierwotnie ulubionym gatunkiem jest horror, ale ja nie miałam ochoty czytać kolejnego, chciałam fantastykę, twardą, naukową. I tak książka poszła w odstawkę aż do tego roku. Sięgając po nią jakoś nie czułam już tej niecierpliwości, w przeciągu roku zdążyłam się zapoznać trochę z fantastyką naukową i jakoś wspomnienie tego początku Czarnych oceanów nijak mi pod gatunek nie podchodziło, no ale trzeba było wziąć byka za rogi i przestać oceniać książkę po 3 pierwszych kartkach. O czym ona jest?

Wizja nie całkiem dalekiej przyszłości. Ciekawy rozwój savoir-vivre'u, korzystanie ze swatek w dobie po nagminnych sprawach o molestowanie w poprzednich latach, rzeźbienie genetyczne wyglądu.  Klasy społeczne, a akcja oczywiście rozgrywa się na wysokiej półce. Myśli, które się same myślą, wspomnienia jednostek, dinozaurów, czy innych stworów błądzących pozornie na ślepo przez powłoki galaktyk. Rytualne krwawe mordy, Wojny Ekonomiczne i Monadalne. Intrygi na najwyższych szczeblach, Grzyby i Puchatek. 
Zamysł niezmiernie ciekawy, a rzeczywistość świata Dukaja w Czarnych oceanach intrygująca, gniewna i ponura. Przypuszczalny atak innej inteligencji poprzez ciąg galaktyk i niemożliwe pozornie do zweryfikowania metody denerwujące, bo tego właśnie możemy się obawiać raczej niż bezpośredniego napadu zielonych wielkogłowych obcych w latających spodkach. Dodajmy do tego ucieczkę, akcję mocno trzymającą w napięciu, przedzieranie się, śmierć aktualnych sojuszników i mamy kawał dobrej książki w świecie przyszłości.


Dlaczego więc taka niska ocena?
Już się tłumaczę. Po pierwsze te wszystkie interesujące elementy wprost toną w bagnie bełkotu naukowego. Tak, zdaję sobie sprawę, że świadomie wzięłam z półki książkę pisaną jako 'klasyczna twarda fantastyka naukowa', rozumiem więc, że celem takiej książki jest bardziej przedstawienie teorii wizji przyszłości niż sama fabuła, która, podkreślam, jest tu nad wyraz ciekawa, jeśli się przebrnie przez otoczkę. Z drugiej strony jesteśmy Polakami, jak i autor, więc dlaczego te wszystkie naukowe teorie są po angielsku? Tak, wiem, teorie, jak już podkreślałam w tym gatunku są niezwykle ważne, ale dlaczego autor używa słów randomizacja, preasumpcja, czy aksydentacja, ludzie, czy my nie posiadamy po prostu słowa przypadkowość? Mam wrażenie, że spolszczone angielskie słowa sprawiają, że coś jest bardziej naukowe niż mogłoby być. No cóż.
Po drugie słowa angielskie. Wszędzie w książce napadają na nas genetic sculptors, 3D-move, cashchips, skyhouse'y, closed-circuit tv itd. itp. Naprawdę nie można tego powiedzieć po polsku? Może i się czepiam, ale skoro fantastykę naukową wyrazić można tylko angielskimi słowami, to zastanawiam się jak to robią autorzy anglojęzyczni, czy można jeszcze bardziej zangielszczyć angielski?
No i po trzecie. Składnia zdaniowa, użycie czasów i słownictwa. Jak napisałam wyżej książka jest wręcz naszpikowana trudno brzmiącymi spolszczonymi angielskimi słowami, jest pełny żargon naukowy słów polskich i nagle w takim twardym stylu pojawiają się słowa: 'dlań, przezeń, podówczas', gramatyka typu zaprzeszłego: 'i został był poinformowany' oraz składnia zdaniowa w szyku przestawnym: ;Przygryzł Hunt wargę.'  No ja się pytam: co to ma być? Twarda naukowa fantastyka na składni i słownictwie średniowiecznym? Może to wizjonerskie i przyszłościowe, ale mi, zwykłemu czytelnikowi, który oddaje się książkom dla bezwzględnej przyjemności, zgrzyta to jakbym do precyzyjnego mechanicznego werka wsypała porządną garść piachu między trybiki.

Niestety książka, pomimo swojego potencjału, bardzo mnie rozczarowała.


Książka bierze udział w wyzwaniu: CZYTAM FANTASTYKĘ

sobota, 7 grudnia 2013

Roland Topor - Chimeryczny lokator

8/10


To moje pierwsze spotkanie prozą Rolanda Topora i śmiało mogę powiedzieć, że nie ostatnie. 

Chimeryczny Lokator to opowieść  zwykłym bezimiennym, szarym człowieku - Trelkovskym. Rosjanin urodzony we Francji, który wiedzie swoje zwykłe życie jako przeciętny urzędnik. Niestety pewnego dnia pojawiają się kłopoty i musi szybko szukać sobie lokalu do wynajęcia i tak trafia pod dach kamienicy pana Zy. 
Trelkovsky jest człowiekiem w zasadzie spokojnym i starającym się nie wszczynać problemów z sąsiadami, wręcz przeciwnie stara się raczej, żeby go słychać i widać nie było. Taki przeciętny człowiek, jakich tysiące na ulicach, a wszystko przez różne sytuacje życiowe. U Trelkovsky'ego już od najmłodszych lat kiełkowało poczucie wstydu, zażenowania dowiadujemy się o tym z historii, którą sam nam przekazuje:

Nauki i policzki, które otrzymał, lecz nie znalazł w nich nic oryginalnego.
Pewnego razu w szkole poprosił, by pozwlono mu wyjść do ubikacji, a ponieważ długo nie wracał, wysłano jakąś dziewczynkę, by zobaczyła, co się z nim stało. Gdy wrócił do klasy, nauczycielka spytała niegrzecznie: "No i co, Trelkovsky, nie wpadłeś chyba do dziury!" Wszystkie dzieci go wygwizdały. Był czerwony ze wstydu.
Czy to wystarczyło, by go określić? Pamiętał cierpienie i wstyd. Lecz nie rozumiał już dokładnie jego przyczyn.

Jak widać Chimeryczny Lokator  może być opowieścią o każdym z nas, przecież, jak sam bohater napisał "nie znalazł nic oryginalnego" w swoich doświadczeniach, a więc takich doświadczeń każdy z nas mógł mieć na pęczki. Doświadczenia, które nas zbudowały i sprawiły, że funkcjonujemy w taki a nie inny sposób, czasami nawet nie wiedząc i nie dociekając dlaczego.
Ta książka to historia powolnego rozpadu psychicznego jednostki i środków nacisku, które wmanipulowują go w ramy, które inni chcą, żeby wypełnił sobą. To atak agresora, agresora-zbiorowego na nie będącą w stanie obronić się skutecznie ofiarę.

Rozległo się pukanie do drzwi.
- To oni!
 Trelkovsky przeklinał ogarniającą go panikę. Słyszał bicie swojego serca niczym echo odpowiadające uderzeniom w drzwi. Trzeba było jednak coś zrobić. Potok przekleństw i stłumionych obelg popłynął mu z ust.
A więc znów będzie musiał się tłumaczyć, usprawiedliwiać, przepraszać, że żyje! Będzie musiał być wystarczająco miękki, by wygnać nienawiść i osiągnąć obojętność. [...]Oczywiście nie proszę was, byście mnie kochali, wiem, że to jest niemożliwe, gdyż nie jestem przyjemny, lecz dajcie mi w jałmużnie wystarczająco dużo pogardy, aby mnie nie zauważać.

Trelkovsky czasami stara się wyrwać z plastycznych ramion ugniatających jego psychikę swoich sąsiadów, czasami, na krótką chwilę miewa nawet przebłysk własnej świadomości, swojego stopniowo traconego ego, ale to wszystko przychodzi z trudem. Prowadząc do zapętlonej psychozy.

Historia jest naprawdę świetna, choć spisana na tak niewielu stronach. Pióro Roland Topora charakteryzuje się lekkością i polotem. Humor przeplata się z powagą - pełna groteskowość nastroju we wspaniałym stylu. Książkę czyta się przyjemnie i szybko ze względu na łatwy język, ale podejrzewam, że na dług zapadnie mi w pamięć ze względu na treść. Studium przypadku, upadku, rozpadu, poddaństwa. Cudowna.

Śmierć to ziemia. Z niej wychodzą pączki życia i próbują umknąć. Kierują się w przestrzeń. Śmierć pozwala na to, gdyż jest bardzo łasa na życie, Zadowala się pilnowaniem swej trzody, a gdy zwierzęta podrosną, połyka je niczym łakocie. Powoli trawi pokarm, który powrócił do jej łona, szczęśliwa i syta jak gruba kotka.

środa, 4 grudnia 2013

Janet Evanovich - Po czwarte dla grzechu


  7,5/10


Jak widać na załączonych obrazkach książka występuje pod dwoma niezależnymi tytułami. Nawet o tym nie wiedziałam dopóki nie skończyłam czytać i chcąc napisać recenzję chciałam ją, jak zwykle, opieczętować odpowiednim obrazkiem okładki. Ja czytałam tę część pod tytułem z pierwszej okładki i taką też pozostawiam w tytule posta, a obie z pewnością są o tym samym, ponieważ przed zamieszczeniem dokładnie sprawdziłam. No cóż kwestia tłumacza, wydania, mody i chwytliwości danych czasów :)


Stephanie Plum, oczywiści jak poprzednio, otrzymuje zadanie, choć tym razem wydawałoby się, na miarę swoich możliwości. Ma złapać młodą kobietę, która ukradła samochód swojego chłopaka, po czym on doniósł na nią na policję, za kaucją wpłaconą przez szefa Stephanie nie zagrzała miejsca w więzieniu, ale też Maxim - owa kobieta, nie stawiła się na rozprawie sądowej. Chciałoby się powiedzieć, że to będzie miła i szybka akcja i łatwo zdobyte pieniądze na czynsz, ale cóż, niestety, łatwo nie będzie. Znajdziemy się w towarzystwie drag queen, obciętych palców i wysadzonych w powietrze samochodów. Nie raz natkniemy się na pół ubranych, lub nieubranych ludzi, Ku pełnemu zadowoleniu babci Mazurowej i tu mały cytacik:

Rodzice mieszkają w wąskim bliźniaku na wąskiej działce przy wąskiej ulicy w mieszkalnej części Trenton, zwanej tu Miasteczkiem. Matka czekała na mnie w drzwiach.
- Coś ty na siebie włożyła? - spytała bez wstępów. - Jesteś prawie goła! Jak tak można?
- To sweter Gromów - wyjaśniłam. - Kibicuję miejscowej drużynie.
Babcie Mazurowa wyjrzała zza pleców mojej matki. Wprowadziła się do moich rodziców wkrótce po tym, jak Dziadek udał się na spotkanie z Elvisem. Babcia uważa, że jest w wieku, który wyklucza konwenanse. Ojciec sądzi, że jest to wiek wykluczający dalsze życie.
- Chcę mieć taki sweter - oznajmiła. - Zakładam się, że mężczyźni by za mną latali, gdybym ubrała się w coś takiego.
- Zwłaszcza Stiva - mruknął ojciec z salonu, zasłonięty gazetą. - Przedsiębiorca pogrzebowy. Z taśmą mierniczą.

Jak widać czarny humor w książce nadal obowiązuje i jest jej nieodłącznym elementem, jeśli nie jej wartością główną. Strasznie polubiłam postaci z sagi kryminalnej Janet Evanovich. Są to normalni ludzie ze swoimi troskami,  natręctwami, zabobonami, ale także ze wspaniałym humorek, czasami mrukliwym, czarnym, a czasami totalnie absurdalnym.
Książka nie jest może arcydziełem literacko-kryminalnym, ale jest wspaniała lekturą dającą wytchnienie, zabawę i odprężenie.

Na koniec muszę wtrącić, że Morelli i Stephanie zostaną zmuszeni przez los do zamieszkania razem. I przy okazji dodam cytat z poranka kobiecego na dowód, że nam - kobietom zdarza się różnie wyglądać po przebudzeniu.

Wzięłam prysznic, ubrałam się i poszłam do kuchni. Nigdy jeszcze nie widziałam Morellego tuż po wstaniu z łóżka. Nie wiem czego się spodziewałam, ale z pewnością nie zarośniętego zwierza w rozciągniętym podkoszulku i pomiętych szortach. Morelli miał na twarzy czarną szczecinę, a w dodatku nie uczesał włosów, którym od wielu tygodni przydałoby się obcięcie.

 

Książka bierze udział w wyzwaniu: ZACZNIJ CZYTAĆ KRYMINAŁY!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

PS

Pozwolę sobie na mały off-topic, czy ktoś może wie co poradzić na znikające i 'zjedzone' przez bloga komentarze?
Wyświetla mi się kilka komentarzy, a pod postami ich nie widać ;/ Nie mam moderowania komentarzy, więc powinny się po prostu pojawiać, a tak nie jest i nie bardzo rozumiem.

Markus Zusak - Złodziejka książek

7/10

Kogoś ratujesz.
Kogoś zabijasz.
Kto może wiedzieć, jak to się skończy.

Bardzo, bardzo czekałam aż wezmę w ręce tę książkę, Zawsze była w wypożyczeniu, a ja miałam (zresztą nadal mam) jakiś tam oczekujący stosik do przeczytania, więc nie zamawiałam jej. Ale w piątek (niepotrzebnie weszłam do biblioteki, bo znów mam oczekujący niemały stosik) Złodziejka leżała i czekała na półce. Może na mnie, może na kogoś innego, ale skoro tak leżała, to czas był ją wziąć do domu. I tak wreszcie do mnie trafiła.

Otworzyłam ją z pewnym wahaniem, niestety często tak bywa z wyczekanymi książkami, że narasta wobec nich tak wielkie oczekiwanie, którego często nie są w stanie wypełnić. Muszę przyznać, że na początku jakoś ciężko mi się ją czytało. Stanowczo zbyt krótkie rozdziały wybijały mnie z rytmu. Na początku.

Książka jest opowieścią o małej dziewczynce - Liesel, którą matka odwozi do rodziny zastępczej. A wszystko w czasach przed i w trakcie II Wojny Światowej. Ale nie zdziwcie się, to nie jest typowa książka o wojnie, to nawet nie jest typowa książka.
Liesel wiedzie swoje życie w pozornie surowej i nawet nieprzychylnej rodzinie. Poznaje rówieśników w szkole. A wśród tego wszystkiego są książki, książki - prezenty, książki kradzione. Jej przybrany ojciec grywał na akordeonie, a dla Liesel książki ze swoimi słowami układały się w muzykę, w pieśni, jak i dla mnie i może dlatego poczułam z nią jakąś więź. Książki - pocieszycielki czytane ludziom w schronie podczas bombardowania, książki - lekarze czytane, żeby przywrócić chorych do świata żywych, książki - pamiętniki upamiętniające ważne wydarzenia. Czy ktoś taki może kiedyś dojść do następującego zwątpienia:

Wyrwała stronę z książki i przedarła ją na pół.
Potem cały rozdział.
Po niedługim czasie otaczały ją strzępy podartych na małe kawałeczki stron i słów. Słowa. Po co są słowa? Świat bez słów wyglądałby inaczej. Bez słów Fuhrer byłby niczym. Nie byłoby kulejących więźniów, nie byłoby potrzeby pocieszania się oszukańczymi słowami.
No więc na co są właściwie słowa?
Liesel powtózyła to jeszcze raz na głos, mówiąc do ścian oświetlonej na pomarańczowo biblioteki:
- Po co są słowa?

Może.
Ale co można czuć kiedy wszyscy odchodzą, kiedy jest tak, jak nigdy nie miało być, a doświadcza tego tylko mała niewinna dziewczynka.

Narratorem opowieści jest Śmierć, ale nie taka jak sobie wyobrażamy, raczej współodczuwająca, litościwa a nawet przyjacielska. Przyznam się, że mimo tej odmienności nie przypadł mi jednak do gustu. Samo opowiadanie historii było właściwie prawie neutralne i w porządku, ale wstawki Jej - Śmierci przemyśleń jakoś nie do końca do mnie przemawiały. Poza tym jednak bardziej przemawia do mnie opisywanie w jakimś porządku, a nie w środku książki adnotacja: 'ona umrze, a jeszcze nie teraz, a piszę to teraz, bo nie lubią budować napięcia.' To nawet bardzo nie przypadło mi do gustu, niestety. Czasami trochę wzbudza we mnie współczucia, kiedy ten Śmierć jest taki właściwie samotny i nikt nawet go nie pożegna.

Trzymały się za ręce.
Nastąpiło pożegnanie, a potem odwróciły się i opuściły cmentarz, kilka razy oglądając się za siebie.
Ja zostałem trochę dłużej.
Pomachałem im.
Nikt mi nie odmachał.

Sama opowieść jest transcendentalna. Jest to właściwie historia oparta nie na historii a raczej na emocjach, doświadczeniach, poznaniu. Jeśli będziecie w niej szukać treści o wojnie, nie znajdziecie ich. To po prostu smutna opowieść z wojną w tle.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...