wtorek, 24 grudnia 2013

Z duchem czasu

 
Kochani w tym szczególnym dniu życzę Wam wszelkiej pomyślności, zdrowia, szczęścia, ciepła rodzinnego, wielu szczerych przyjaciół i mnóstwa intrygujących książek pod choinką.



niedziela, 22 grudnia 2013

Marek Nowakowski - Domek trzech kotów

5/10


Króciutka książka o króciutkim życiu. Może nie takim strasznie króciutkim choć dla niektórych życie nie bywa przyjacielskie.

Marek Nowakowski w Domku trzech kotów opisuje sezon z życia pewnej kamienicy. Podczas szarugi dnia zimowego, choć pogodowo jeszcze jesiennego z nie do końca niskimi temperaturami za to z wszechobecnym wiatrem i deszczem, ktoś zauważa gości w kupce nie wywiezionych jeszcze liści - biała kocicę z dwoma maluchami. Zaraz 'sekcja kociarzy' z sąsiedztwa w pełni zainteresowaniem sprawą Białej i jej przeżycia z młodymi w świetle zbliżających się nieludzkich temperatur, postanawia sklecić domek z tektury, który owijają folią pozyskaną z pobliskiego spożywczaka. W życie nowej podwórkowej rodziny sąsiadów wchodzą z zaangażowaniem psiarze i ci nie mający zwierząt, ale całkiem chętni do pomocy. Oczywiście nie jest tak lekko i sielankowo. Tam gdzie kociarze - tam i antykociarze z misją wytrucia wszystkich żywych stworzeń. Niemniej po różnych wybojach kocia rodzinka otrzymuje swój mały prywatny domek wraz z wyżywieniem, który z przyjemnością zasiedlają.

Domek trzech kotów zupełnie nie jest jakąś wielką literatura, ale jeśli skupimy się na czym innym, nie na losach ludzi, którzy usiłują pomóc 'swoim' bezdomnym kotom, a raczej na opisie życia tych właśnie zwierząt, ich zwyczajach, spokoju, który wnoszą w życie kamienicy zapracowanych ludzi, zobaczymy zupełnie inną wartość. Wartość życia samego w sobie, czegoś o czym często zapominamy w biegu dnia codziennego. Ten wyluzowany spokój kociego sposobu życia daje wielkie zadowolenie i jakieś takie oczyszczenie ze spraw codziennych, Obserwacja przez sąsiadów kocich zalotów, zabaw młodzików, czy pilnowanie swojego terytorium daje taką odskocznię od dnia codziennego wraz z jego kłopotami. To taki odlot bez dopalaczy :) Wiem o czym mówię, bo do niedawna byłam właścicielką dumnej kocicy Cikulindy III. Koty naprawdę potrafią korzystać z życia jednocześnie nie będąc jego niewolnikami.


sobota, 21 grudnia 2013

Stephen King - Joyland

5/10

Żyjemy w świecie głęboko zepsutym, pełnym wojen, okrucieństwa i bezsensownych tragedii. Każdy zamieszkujący go człowiek dostaje swoją porcję nieszczęścia i nieprzespanych nocy. Ci z was, którzy jeszcze tego nie wiedzą, pewnego dnia się  tym przekonają.

Wzięłam do ręki tę książkę raczej wbrew sobie. Podświadomie wiem, że King nie jest autorem dla mnie.
W Joyland spotykamy młodego Devina Jonesa, który jest w tym momencie swojego życia kiedy nieuchronnie coś biegnie ku końcowi, choć w cale tego nie chce. Jego pierwszoroczna studencka miłość zdaje się wypływać na szerokie wody stanowczo dużo dalej niż zakres jego ramion. Oczywiście, pomimo wszelkich ku temu przesłanek, Devin nie chce przyjąć tego do wiadomości. Zdołowany postanawia rozpocząć pracę wakacyjną w wesołym miasteczku, która ma się znacznie przedłużyć z różnych względów. Na miejscu, poza ciężką i żmudną pracą poznaje nowych przyjaciół. Okazuje się, że w Joylandzie, a dokładnie w Strasznym Domu przemieszkuje duch zamordowanej dawno dziewczyny. Devin bardzo pragnie go zobaczyć, doświadczyć.

Właściwie, teraz jak sama patrzę na to, co właśnie napisałam, to chyba ponownie sięgnęłabym po tę lekturę z wielkimi nadziejami. Niestety, książka nie stanowi tak intrygującej, jak można ładnie ja ująć w ramach zachęty. Pierwsza połowa książki to właściwie obyczaj, który opowiada  nadziejach i ciężkich chwilach młodego Jonesa, a pragnieniu zapomnienia  swoim bólu życiowym i stracie pierwszej partnerki, z którą być może chciał założyć rodzinę, a z którą właściwie do niczego nie doszło, a wspomina  tym raz za razem. Można czasami trafić na jakiś nawet zabawny cytat.

Poczułem nagłe i wcale nie nieprzyjemne mrowienie w niżej położonych rejonach ciała. Moim zdaniem - pomijając fantazje - większość mężczyzn to monogamiści od brody wzwyż.

Ale nawet ten jakby usilny humor gubi się w odmętach zwykłej opowiastki obyczajowej.
W drugiej części książka akcja jakby przyspiesza, ale to przyspieszenie można porównać, tak pozostając ściśle w konwencji tytułu, do szybszego biegu diabelskiego młyna - czyli właściwie to żadna prędkość, ale nadal pozostaje w tych samych rejestrach obyczajowych. Końcówka, gdzie naprawdę ma już się wydarzyć ta kulminacja też raczej nie zachwyca ani nie porywa.
Stephen King ma, na szczęście, lekki język i książkę czyta się w jeden, może dwa wieczory.

Sumując mogę podkreślić, że jako książka obyczajowa, to może i one jest niezła, choć za takimi nie przepadam, jako thriller - ech, toż tego sławetnego poszukiwanego przeze mnie w kingowskiej prozie suspensu, nie ma tu w ogóle. Książka nie przeraża, nie nadbudowuje akcji i nie dręczy czytelnika wyobraźni. Jeśli to choć w najmniejszym zamierzeniu miał być trochę horrowaty element - to porażka na całego.

Zaczynasz się martwić, potem zaczynasz rozumieć i wreszcie wiesz.

Ja wiem King nie jest dla mnie. Kilkakrotnie stykałam się z jego tytułami i za każdym razem nie znalazłam w nich tego, czego szukałabym w ogłoszonym wszem i wobec królem horroru i suspensu. Niestety, dla mnie te książki (te które czytałam autorstwa Stephena Kinga) kompletnie nieudolnie usiłują wedrzeć się w kanon literatury mocnej. Całkowicie nie robią na mnie wrażenia ani opowiadane historie ani sposób ich opowieści, nawet mogę pokusić się o stwierdzenie, że są po prostu nudne, choć zamysł można by było fajnie rozwinąć.

piątek, 20 grudnia 2013

Orson Scott Card - Dzieci umysłu


Ten tydzień był jednym z takich, co to nie wiadomo w co ręce włożyć i dlatego też niewiele się na blogu działo, ale wiecie jak to jest kiedy wraca się do domu otwiera książkę i po 10 stronach pada się na twarz, ale czas najwyższy to dziś zmienić. Koniec tak długich okresów bezruchu :)

8/10


Religia wiąże się z najgłębszymi emocjami ludzkimi. Miłość, która unosi się z tego tygla, jest najsłodsza i najsilniejsza, ale nienawiść najgorętsza, a gniew najbardziej gwałtowny.

Kolejna i ostatnia odsłona cyklu sagi o Enderze. Kiedy po raz pierwszy po nią sięgnęłam, nie była w zasadzie bardzo znaną, czy popularną pozycją w kręgach niewtajemniczonych fanów literatury science-fiction. A kiedy nadszedł ten czas, że właśnie skończyłam tę opowieść, to wszędzie stał się jej pełno. I słusznie. Z pewnością przyczyną uginających się obecnie w księgarniach półek pod Grą Endera i jego sequeli jest ekranizacja i muszę przyznać, że choć miałam ogromną ochotę unaocznić sobie historię młodego Endera, to, tradycyjnie,, po kilku chwilach zastanowienia przekonałam się, że nie chcę, aby moje własne wyobrażenie tego świata i emocji z nim związanych spłaszczyło kilka chwil przed ekranem nastawionych na efekty specjalne. (Jeśli się mylę i ktoś z Was oglądał Grę Endera i uważa, że warto jest obejrzeć, dajcie znać) W każdym bądź razie do kina na tę konkretną ekranizację nie trafiłam.
Wróćmy jednak do tematu. Dzieci umysłu stanowią chyba najbardziej metafizyczną część czteroksięgu. To właśnie tu znajdziemy najwięcej przemyśleń, filozofowania, a nawet medytacji. Mistycyzm i religie przesiąkają w schyłku opowieści o Enderze każdą stronę, każde pojedyncze słowo, ale nie dajcie się zwieść, to nie jest traktat filozoficzny. Wszytko w dalszym ciągu jest na podwalinach świetnej fantastyczno-naukowej treści.

Peter miał rację. Ludzie wciąż byli najbardziej obcy ze wszystkich obcych ras. Wciąż najbardziej niebezpieczni najbardziej nierozsądni i najmniej przewidywalni.

Tutaj właśnie, nie tyle znajdziemy odpowiedzi, czy gotowe filozofie życia i bytu, ta część stawia raczej na hipotezy, co do których czujemy potrzebę własnej analizy. W Dzieciach umysłu raczej możemy się spodziewać pytań, co do natury obcych cywilizacji, a przede wszystkim nas - ludzi. Czy t przypadkiem nie my właśnie, targani chęcią bycia wyżej niż inni, nie sprawiamy, że inni - obcy boją się nas, czy nie jesteśmy dla nich zagładą? A może dla siebie samych?

Dzieci umysłu ukazują nam rzeczywistość Lusitanii w obliczu klęski. Andrew Wiggin, Mówca Umarłych, po zakotwiczeniu wreszcie swojego długotrwałego życia, wydaje się wreszcie pogodzony z losem. Wszyscy, włącznie z dziećmi jego umysłu - bytów, które uwolniły się z niego samego podczas pierwszej podróży ponadczasowej, starają się wykonać każde możliwe zadanie, przedsięwziąć każdy możliwy krok, żeby uniknąć zagłady i zniszczenia rodzimej Lusitanii. Ale Kongres jest nieubłagany. Czy uda im się ocalić siebie i żyjące z nimi we wspólnocie trzy inne inteligentne gatunki?

Niesłusznie postąpiłam oceniając własne cierpienie tak wysoko, że uznałam, iż daje mi to prawo zadawania cierpień jemu.

Bardzo polecam sagę o Enderze i szczególnie polecam ją tym z Was, którzy raczej są nie zainteresowani gatunkiem science-fiction, ponieważ, ci którzy gatunkiem się interesują na pewno mają swoją wyrobioną  pinię na temat sagi. Mogę z przyjemnością dodać, że we wszystkich księgach spotkamy się, pod przykryciem walki lub odkrywania nowych gatunków, z badaniem naszych własnych, ludzkich uprzedzeń, walk wewnętrznych, moralnością, czy wręcz jej brakiem. Pod powłoką świetnej powieści fantastyczno-naukowej mamy też głęboką i wnikliwą analizę własnych pobudek. 
W dodatku do tego wszystkiego autor, Orson Scott Card posługuje się językiem bogatym i miłym w odbiorze. Jest to science-fiction pisane nadzwyczaj lekkim piórem, co, tym bardziej, sprawia, że nie amatorzy gatunku również znajdą coś dla siebie.

Życie jest misją samobójczą.



Książka przeczytana w ramach wyzwania: CZYTAM FANTASTYKĘ.

niedziela, 15 grudnia 2013

Miklos Nyiszli - Byłem asystentem doktora Mengele

.../...


Przede wszystkim oczywiście odmawiam jakiegokolwiek oceniania tej pozycji. Po pierwsze, jest to jakby dokument, kronika osobista, ale nawet ze względu na to odmawiam też oceniania tego dokumentu jako dziennika, choć wiele takich na świecie i można je oceniać. Po drugie, książka napisana nie przez pisarza, a lekarza, który po prostu upamiętniał wydarzenia, wprawdzie i takich pozycji jest wiele, ale, jak dla mnie, ta ewidentnie nie nadaje się do oceny.

Miklos Nyiszli w czasie Drugiej Wojny Światowej trafił do Oświęcimia, ponieważ był rumuńskim Żydem węgierskiego pochodzenia i, oczywiście, samo to już wystarczyło, żeby go skazać. W 1944 wraz z żoną i córką transportem z Węgier trafił do Auschwitz-Birkenau. Ponieważ był lekarzem i znał się na sekcji zwłok okazał się odpowiednim kandydatem dla doktora Mengele - zbrodniarza wojennego, jako pomocnik, a właściwie spec od wykonywania dla niego czarnej roboty. 

A więc jestem już wytatuowany. Przestałem istnieć jako dr Miklos Nyiszli. Jestem tylko numerem A 8450, więźniem kacetu.

 Od tej chwili razem z nim stajemy się świadkami brutalności dnia codziennego dla setek tysięcy osób. Zdaję sobie sprawę, że każdy, a przynajmniej większość z nas zna historie o Oświęcimiu z różnych źródeł, opisuję tę książkę, żeby mimo wszystko nie zapomnieć. Nie sieję i mam zamiaru siać nienawiści do narodu, który się przyczynił do takich okropieństw, ale, mimo wszystko, uważam, że nie wolno nam - ludziom, nie tylko Plakom, czy Żydom, ale wszystkim ludziom niezależnie od pochodzenia, zapomnieć, że takie wydarzenia miały miejsce, że nie jest to tylko jeden z setek fikcyjnych filmów, po którym aktorzy umyli się, przebrali i wrócili na kolację do domu, to był fakt.
Miklos Nyiszli dzięki swojemu wykształceniu nie został skazany na śmierć od razu, ale jej wizja wisiała nad nim 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Żeby jakkolwiek funkcjonować on, jego koledzy 'po fachu' i Sonderkommando wyłonione ze współwięźniów do wykonywania najgorszej pracy wspomagali się środkami blokującymi pamięć, alkoholem, żeby przetrwać kolejny dzień. Oni dostawali przynajmniej jakieś porządne racje żywności, ktoś by pomyślał, ale nic nie jest tak łatwe. Jakich okropności musieli doświadczyć ci, skoro autor mógł napisać podobne zdanie:

Dzienna przepustowość stosów wynosi pięć, sześć tysięcy ofiar, a więc jest nieco większa niż jednego krematorium. Zbieram pozostawione tu lekarstwa i okulary. Całkowicie oszołomiony na drżących nogach ruszam "do domu", do I krematorium, które, mówiąc słowami doktora Mengele, "nie jest wprawdzie sanatorium, ale jest zupełnie znośnym miejscem". Ma rację. Po tym, co tu widziałem, ma absolutnie rację.

Miklos Nyiszli opisuje bez zbędnych emocji cały zbrodniczy proceder, który tu ma nazwę badań naukowych. Jako więzienny lekarz i specjalista od sekcji zwłok ma wgląd w każdą makabryczną zbrodnię, która ma miejsce w obozie. Beznamiętnie pokazuje jak gładko okłamywani, a potem okradani są więźniowie, ofiary, zmarli.

Pewnego razu na rampie zatrzymały się trzy wagony. Wysiedli z nich żółci niczym cytryny, wychudzeni i ledwo trzymający się na nogach ludzie. Był ich trzystu. Gdy dotarli na podwórze krematorium, wdałem się z nimi w rozmowę. Opowiedzieli mi, że trzy miesiące temu wysłano ich z obozu BIId w wielkim liczącym trzy tysiące ludzi transporcie do pracy w fabryki siarki. Wielu  z ich towarzyszy umarło na różne choroby. Oni zatruli się siarką i dlatego mają takie cytrynowe twarze. Wyselekcjonowano ich i wysłano w drogę do obozu wypoczynkowego.
W pół godziny później widziałem ich zakrwawione zwłoki leżące przed paleniskami krematorium. Praca uczyni cię wolnym! Obóz wypoczynkowy!

Wiele szczęścia, jeśli tak można nazwać wegetację w obozie koncentracyjnym, miał doktor Miklos Nyiszli. Doczekał się końca wojny i jeszcze ostatnim sprytem nie dal się zabić i przetrwał, jak wielu innych i dał świadectwo.

Nigdy nie wolno nam zapomnieć.

piątek, 13 grudnia 2013

Cormac McCarthy - Droga

9/10


Czym się różni to, czego nigdy nie będzie, od tego, czego nigdy nie było?

Książka jest re-we-la-cyj-na bezapelacyjnie. Nie daję 10/10 ze względu na to, że nie jest to jakieś literackie arcydzieło, ale z pewnością niewiele jej brakuje. Na tych niewielu stronach, bo cóż to jest 300 stron, jest zawarte tyle smutku, cierpienia, beznadziejnej nadziei i miłości z troską, że niejedno wielkie działo może się schować.
Co mogę napisać  Drodze? Przede wszystkim, że jest to droga człowieka, jego życie, raz w górę, raz w dół, kto tego nie zna? Droga McCarthy'ego  to taka alegoria w dodatku genialnie osadzona w rzeczywistości atawistycznej psychologii gdzieś w stłamszonym i właściwie już zgubionym, postapokaliptycznym świecie.

McCarthy przedstawia historię ojca i syna, którzy starają się mimo wszystko przeżyć. Toczą własne życie w zdezelowanym wózku spod hipermarketu na południe do cieplejszego klimatu. Przed ludźmi raczej się kryją, bo tam ludzie nie stanowią nic dobrego. Ludzie są zdolni do wszystkiego w świecie, w którym nic już nie zostało, gdzie nawet lasy są pełne pustych martwych drzew, które po prostu padają zmęczone staniem bez promienie słońca. Tam ludzie są w stanie zabić drugiego, żeby mieć spokój, żeby go ograbić, czy ... zjeść. Świetlana przyszłość nie mieści się nawet w głowach, tam mieszka tylko teraźniejszość, ponura, szara i zimna. Ciężka. I przez ten obcy świat ojciec prowadzi syna, który widzi, choć nie chce i słyszy rzeczy, których nie pragnie.

Zapominamy to, co chcemy pamiętać, a pamiętamy to, o czym chcielibyśmy zapomnieć.

Czy w takim świecie jest miejsce na współczucie, na gest ludzki. Na pewno gdzieś jest, choć ten gest nie zawsze musi się jawić jako ludzki, ostatecznie takim właśnie jest. Gest litości, łaski i wyzwolenia zarazem.
Mam wrażenie, że cokolwiek bym nie napisała, to spłycam wartość tej książki. Choć może autor napisał ją tak specjalnie pod mój gust i dlatego tak ją właśnie odbieram.
W każdym bądź razie jest to świetnie napisana książka z niewielką ilością dialogów (za czym akurat nie przepadam, ale tutaj po prostu inaczej nie można). Autor tym minimalistycznym dialogiem fantastycznie oddaje nastrój czasów, każde słowo więcej, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie, zaburzyłoby równowagę powieści byłoby zbędne i psuło cały klimat. Zakończenie, dzięki autorowi, wreszcie takie jakie powinno być. Tutaj wszystko gra, wszystko ma swoje miejsce i czas jest sprzężone i odbywa się we właściwym dla siebie czasu, bez owijania w bawełnę.

Po przeczytaniu książki okazało się, że jest też film (tak w mojej całej niechęci do ekranu telewizora, nie jestem zbyt na bieżąco z nowościami i czasami, zupełnie przez przypadek dowiaduję się, że jest ekranizacja czegoś, co czytam). Na wielkie szczęście, na początku było słowo pisane. Film obejrzałam, nie był może najgorszym filmem, ale, dla mnie, był po prostu potwornie nudny. Chyba żaden film nie pozwoli na zbudowanie takiej emocji, jak wyobraźnia tocząca się słowo po słowie powoli ścieżką tej opowieści o ojcu z synem. W filmie wątki są spłycone, a impulsy pochodzące z poprzedniego życia, wracające jako wspomnienia, zdają się bardziej mylące, niż tłumaczące. Może jeśli się ogląda tylko film, to wrażenie jest inne, ale nie polecam. Książka to książka. W tym wypadku zbyt spłyca doświadczenie.


Książka przeczytana w ramach wyzwania: CZYTAM FANTASTYKĘ!


czwartek, 12 grudnia 2013

John Grisham - Więzienny prawnik

6/10


Treścią naszych spotkań jest często nie to, co mówimy, ale to, co przemilczamy.

Aż tak strasznie proszę się nie sugerować punktacją, ponieważ na pomniejszoną jej wartość wpływa kilka drobiazgów. Przede wszystkim kryminał tego typu nie jest moim ulubionym gatunkiem, stanowczo wolę kryminały takie okraszone gęstą zawiesiną humoru jak na przykład u Janet Evanovich. Po drugie moje ulubienie dla ciężkich, krwawych i mrocznych dzieł także rzutuje na odbiór względnie czystego i delikatnego dzieła sądowniczego, no i po ostatnie, nie do końca też przekonują mnie zwykłe filmy akcji, po których koniec jest piękny i romantyczny. No może trochę przesadziłam z tym romantyzmem, a w Ameryce koniec musi być taki, a nie inny, bo to Ameryka właśnie.

John Grisham w Więziennym prawniku przedstawia historię odsiadującego niesłuszny wyrok prawnika, który, przy okazji, przysługuje się współwięźniom udzielając im pomocy, wsparcia i porad prawnych. W połowie swojego wyroku odnajduje możliwość własnego zwolnienia z więzienia. Na podstawie udzielenia informacji o podejrzanym biorącym udział w innym przestępstwie może uzyskać oczyszczenie się z wyroku i jeszcze zażądać udziału w ochronie świadków. FBI przystaje na taki układ i Malcolm Bannister rozpoczyna nowe życie, a w nim realizuje swój śmiały wewnętrzny plan.
Na pewno zaletą tej historii jest stosunkowa niepewność pod tytułem: 'ale o co, kurczę, tu chodzi tak na serio?' Bo właściwie na tym chyba powinny polegać kryminały.
Niestety w pewnym momencie książka staje się dla mnie trochę jakby chaotyczna i wszystkie ruchy jakby takie na oślep, i pomimo tego, że pięknie składają się na końcu, dla mnie książka przedstawia się jako zbyt wydumana i przez to nie do końca realistyczna.

Na plus mogę powiedzieć, że autor ma bardzo dobry styl pisania. Opowieść toczy się gładko i szybko. Pomimo swoich prawie 500 stron przeczytałam ją raptem w dwa wieczory. Język jest przyjemny, nie wulgarny, opisy, nawet sądowniczo-adwokackie, lekkie i czyta się je bez problemu nudnych żargonowych wypowiedzi.
Jeśli nie lubicie zbyt krwawych dzieł, z pewnością się wam spodoba. To taka książka, którą łatwo można zamknąć w fajnym 1,5 godzinnym filmie akcji.



Książka bierze udział w wyzwaniu: ZACZNIJ CZYTAĆ KRYMINAŁY.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...